Dom pod wulkanem

Kategoria: Wiersze Opowiadania
Producent: Don Mestoni
Dodany przez: Don Mestoni
Liczba odwiedzin: 303
Człowiek jest cudem, a jego życie jest jedną wielką tajemnicą, ale niezależnie od tego czy jesteś bogaty, czy też nie nigdy nie wiesz co może spotkać cię jutro. Warto żyć zgodnie z dekalogiem, w zgodzie z własnym sumieniem, rozumem, ale pod warunkiem, że takowe dwie opcje się posiada.
 
- Alice, kochanie nie widziałaś mojego nowego krawatu?
- Musi być w szafie, na drzwiach. Widziałam, jak go tam wkładałeś.
- Patrz rzeczywiście, ale masz pamięć.
- A nie wiesz gdzie jest mój telefon?
- Nie, ale mogę do ciebie zadzwonić, to go usłyszysz.
- To zadzwoń.
- Przykro mi Simon, sekretarka się włącza.
- Aa, już wiem. Przecież go wczoraj do ładowarki podłączyłem. Rozładował mi się do końca.
- Która jest? Obudź już dzieci.
- Dobrze kochanie. Pamiętaj, że dziś odbierasz dzieci. Ja jadę z Aaronem do warsztatu, do jego brata. Wymieniam gumy. Na jutro autko ma chodzić jak złotko. Patric! Jessica! Wstajemy!
- Jej nie zdążę napić się kawy. A co? To już jutro? Jej, rzeczywiście, całkowicie zapomniałam. Szybko ten czas zleciał. No patrz już jestem spóźniona. Szybko. Dziś mam ważne sprawozdanie. Zrób im kanapki do szkoły. Masło masz na dolnej półce, w maselniczce. Ja już muszę lecieć. Pa kochanie. Buziaczki i uważaj na siebie. Nie siedź tam długo. Musimy się spakować wieczorem. Kanapki z serkiem i z parówkami. Jessice cieniutko masełkiem. Papa. Zadzwoń do mnie. Paaa. Paa aniołki. Wstawajcie już.
- Paaa mamo, pa, pa. Już nie śpimy. A tata da nam jeść i do szkoły zawiezie dziś?
- Tak aniołki, tata wszystko dobrze zrobi, zadba o was, a ja po was przyjadę do szkoły. No a teraz już naprawdę muszę lecieć. Buziaczki, papa.
- Paa mamo, paa. Tatooo zrób mi płatki czekoladowe z mlekiem.
- I mi też, ja też chcę.
- Dobrze, ale już wstawajcie szybciutko, bo już nie jest tak wcześnie. Żebyśmy się nie spóźnili. Nie można się spóźniać.
- No dobra, już wstajemy. Chodź Jessica, wstawaj bo już późno. Żebyśmy się do szkoły nie spóźnili. Słyszysz, co tata mówi? Chodź.
- Już wstaję. No już, ale idę pierwsza do łazienki.
- No dobra, idź. Tylko szybko, bo ja też chcę.
- Dzieciaczki !!! Jessica !!! Patryk !!! Gdzie jesteście? Chodźcie już. Płatki na stole.
- Już idziemy tato.
- No co tam? Jesica! Uważaj! Krzesło sobie przysuń. Patryk! Siadaj! Jedz już.
Wyszli z domu. Weszli do dużego, czerwonego SUV-a. Nowy Volkswagen T-Roco kupiony dwa lata temu spawował się bez zarzutów. Simon był z niego bardzo zadowolony. To pierwszy jego taki samochód, taki duży, wysoki, i jeszcze na dodatek gada. Dzieciaczki, jak zwykle z tyłu. Patric już jakiś czas temu wyrósł z fotelika, a 8 letnia Jessica jeszcze musiała się gimnastykować przy wejściu na swój różowy w laleczki Barbie.
- Tatoo, ja już nie chcę w foteliku siedzieć. Ja chcę tak, jak Patric. Dlaczego Patric może bez fotelika siedzieć? Już jestem duża.
- Twój braciszek jest już duży, a ty jeszcze musisz troszkę urosnąć. Nie martw się, też niedługo będziesz bez fotelika jeździć, ale póki co dla naszego i twojego bezpieczeństwa zapinaj się szybciutko, tata sprawdzi i jedziemy, bo już późno. Noo, zrozumiane? Dawaj, dawaj.
- OK, już zapięte. Możesz jechać.
Patric chodził już do 5 klasy, a Jessica do 2. Zawsze razem szli do szatni. Tata ich tylko odprowadzał do drzwi szkoły. Patric potem przejmował rolę opiekuna i dbał o swoją młodszą siostrę. Zawsze odprowadzał ją do jej szatni i sam szedł do swojej. Potem już każde samodzielnie ze swoimi koleżankami i kolegami biegło do swojej klasy. Dziś, jak wchodzili do szkoły właśnie zadzwonił dzwonek na lekcję. Przyśpieszyli więc trochę kroku i pobiegli do swoich szatni. Po minucie byli już w swoich klasach.
Simon pracował w biurze projektowym jako podwykonawca. Ekipa liczyła 7 osób. Każdy z pracowników rozliczał się oddzielnie, jako firma na samozatrudnieniu. Tak było najbardziej opłacalnie. Pracowali dla G.V. Sonto, która z kolei współpracowała i była zależna od Development Company LTD, firmy znanej na całym świecie z najlepszych projektów wysokich budynków biurowych, ale także zarazem i najdroższych, takich full exlusive. Na zamówienia nie narzekali. Kalendarz już od dawna był zapisany pół roku w przód. Wszyscy mieli swoje przydziały. Simon był odpowiedzialny za nowoczesne, ekonomiczne oświetlenie ledowe z oprogramowaniem włącznie. Zawsze lubił rysować i pracować na komputerze. Od kiedy powstały oprogramowania dla projektantów nie odstępował na krok swojego komputera w domu. Siedział całymi dniami i gapił się w ekran. Coś kreślił i wymyślał nowe rzeczy. Jego żona Alice była nieraz zła na niego. Ciężko było go nawet zaciągnąć na niedzielny spacer z dziećmi. Cały czas w jego głowie pojawiały się nowe pomysły. Miał dopiero 33 lata i marzył o otwarciu swojej samodzielnej firmy, takiej nowoczesnej, specjalnej, innej. Alice wciąż go odciągała od tych pomysłów. Była młodsza od Simona o niecałe 5 lat i jak na dobrą mamę przystało wolała spokojną pracę i ciepłe ognisko domowe, wieczory spędzone razem z mężem i dziećmi, wspólne wakacje, podróże, zabawy. Pracowała jako księgowa w firmie odzieżowej. Firma liczyła sobie w sumie 14 osób i oby nie to, że raz w miesiącu mają urwanie głowy przez dwa dni, praca byłaby nadzwyczaj bardzo spokojna. Pierwszego i drugiego każdego miesiąca musiała zrobić rozliczenie za miniony miesiąc. Dziś właśnie czeka ją spotkanie z dyrektorem, na którym ma przekazać bilans i porozmawiać o najbliższej współpracy.
- Panie dyrektorze. Jestem już gotowa. Ma pan czas? Możemy się spotkać.
- Już, już Jessica. Pani mi da dosłownie pół godzinki. Mam jedną ważną rzecz do zrobienia. Proszę przyjść do mnie na 10. OK?
- OK panie dyrektorze. Będę o 10.
Dyrektor spełniał wrażenie ciągle zapracowanego. Zawsze czymś był zajęty. Nie potrafił usiąść spokojnie i się zrelaksować. Nigdy nie rozmawiał z pracownikami o tym co się dzieje poza pracą. Od czasu, kiedy poważnie zachorowała jego żona stał się bardzo skryty i małomówny. Zawsze zależało mu na dobrych relacjach ze swoimi pracownikami i dlatego starał się mimo problemów rodzinnych mieć uśmiech na twarzy i zawsze miło z szacunkiem odnosił się do wszystkich.
Jessica zobaczyła przez okno w biurze, że dyrektor jest już wolniejszy i udała się do niego. Nie spodziewała się, że spotkanie pójdzie tak szybko i sprawnie. Omówienie wszystkich spraw zajęło im półtorej godziny. Tego dnia była w zasadzie już wolna. Zdążyła usiąść przy swoim biurku i zadzwonił Simon.
- Cześć kochanie. Co porabiasz? Już po spotkaniu?
- Tak skarbie. Wszystko poszło rewelacyjnie. Rozmawialiśmy co będzie po powrocie. W zasadzie o nic nie musiałam prosić. Sam wyszedł z propozycją, że za niedogodności związane z wyjazdem i zaistniałą sytuacją przygotuje dodatkową premię w wysokości pensji. Zgodziłam się oczywiście i potwierdziłam, że na pewno przyjadę z powrotem i podejmę dalszą współpracę. Jestem już wolna. Zaraz wychodzę z pracy. A ty jak tam? Wiesz coś może nowego? O której będziemy wyjeżdżać?
- Mówiłem ci kotuś, że dopiero będę coś wiedział, jak będziemy w warsztacie. Zadzwonię do ciebie od razu. Teraz muszę już lecieć. Mamy jeszcze jeden problem do rozwiązania. Zastanawiamy się jak rozstrzygnąć zaczęte już projekty. Terminy też się kończą i nowe umowy musimy wynegocjować. Nie każdy zrozumie, że firma miała obowiązkową przerwę. Oj! Lecę. Rozgadałem się, a czas leci. I tak z tego niewiele kojarzysz. Papa kotek. Pa.
- Noo papa. Zadzwoń do mnie jak tylko będziesz coś wiedział. Nie zapomnij.
- Dobra, dobra, paa.
Simon przeciągnął się przy biurku i zabrał się do dalszej pracy. Tego dnia nikomu z ekipy nie chciało się ani rozmawiać, ani pracować. Każdy był myślami już przy jutrzejszym wyjeździe. Na koniec pracy czekała ich wszystkich narada. Mieli się zastanowić co dalej po powrocie. Mieli się zdeklarować czy powracają. Podobne jak u Alice szef także obiecał dodatkową premię. Nie powiedział ile, ale premie w G.V. Sonto nigdy nie były skromne. Każdy wiedział, że warto tutaj zapukać z powrotem.
Alice tak, jak wspominała wyszła wcześnie z pracy i poszła na zakupy. Postanowiła, że w ten szczególny dzień wprowadzi element rozprężenia i zrobi coś dobrego do jedzenia. Simon uwielbiał zupę pomidorową na żeberkach. Dzieciaki zresztą też, a zwłaszcza Patric. Pomyślała sobie, że to ulubione każdego danie i zarazem szybkie i łatwe w zrobieniu. Weszła do supermarketu, ale jak to kobieta nie przepuściła super okazji. Na piętrze z ciuchami i butami wisiał olbrzymi baner - " 50% ". Nie byłaby sobą, jakby nie kupiła coś sobie. Smukłe wpadające w róż pantofelki na obcasie pasowały jej do jej nowej wieczorowej sukienki, którą zamierzała założyć u swoich rodziców tuż po przyjeździe do nich. Ciekawe co powiedzą? Martwiła się, że tak nagle ich odwiedzą, bez zapowiedzi, żeby tylko im to nie zaszkodziło na ich nastroje, bo cały wyjazd będzie do bani. Mieli już swoje lata i z każdym rokiem trudniej było się z nimi dogadać. Po wyjściu ze sklepu pojechała po dzieci do szkoły i od razu do domu. Zaczęła gotować, a dzieci bawiły się razem jak zwykle w ogrodzie. Były bardzo koleżeńskie i lubiły do nich przychodzić inne dzieci i bawili się wtedy razem, ale tego dnia były same.
Simonowi w pracy bardzo się dłużyło. Po naradzie razem z kolegami za zgodą szefa wyszli trochę wcześniej. Pojechał do swojego kolegi Aarona. Byli umówieni wcześniej. Zadzwonił i Aaron szybko wyszedł. Znali się już bardzo długo i rozumieli bez słów. Tacy prawdziwi przyjaciele. Tak jak wcześniej uzgodnili pojechali do brata Aarona i poprosili go, aby adzwonił do swego znajomego, czy wie coś dokładnie w sprawie jutrzejszej erupcji. Po chwili wszystko było już jasne. Cały czas w warsztacie rozmawiali o wulkanach, o jutrzejszym wyjeździe, o tym i poprzednich. Wspominali te złe i te miłe chwile. Razem znali się od samego początku, od przybycia do El Rodeo. Była to już ich czwarta taka eskapada. Marc - brat Aarona opowiadał, jak razem zastanawiali się kiedyś nad przybyciem do tego miasta. Rozważali bardzo długo, czy w ogóle warto. Aaron miał większe opory. Razem z żoną zastanawiali się długo, czy to jest dobre miejsce na rodzenie dzieci, ale mają teraz dwójkę i dzieciaki są zdrowe, żywe, wysportowane, jak mało które. Wybór więc nie był zły.
- Całe szczęście, że zdecydowałeś się na wymianę tych opon. Zobacz !!!
- Co to?
- To co widzisz. Rysa, tak jakby ktoś ci celowo przeciął oponę przy samej feldze. Na drugim kole to samo. W tym samym miejscu. Nie wiadomo jak głębokie jest to nacięcie, ale lepiej na takich nie jeździć. Ciekawe od czego tak się stało? Może od podjeżdżania pod krawężniki. Teraz te nisko profilowe felgi to nic dobrego. Nie ma jak stare, tradycyjne, pełne koła. Solidne wysokie opony, i jak cicho chodzą. Teraz te wszystkie niskoprofilówki tak hałasują, że nie można własnych myśli nawet usłyszeć. Jak można na takich oponach jeździć? No właśnie? Jak? A propos. Masz tutaj brachu Dunlopy. Super-ciche, bezszelestne. Jak będziesz jechał to same dobre pomysły do głowy będą ci wpadać. Takie mają właściwości.
- Już dawno chciałem wymienić te opony. Kupiłem z już z takimi w salonie. Od nowości były i nigdy nie było czasu, a i szkoda je było wyrzucić. Rzeczywiście raz, że głośnie, a po drugie to te krawężniki. Ile razy się martwiłem, czy czegoś nie uszkodziłem. Jak nieraz było ciężko podjechać pod coś wyższego. Może i od tego się przecięły. Kto wie? Ale za to, co za super wytrzymały materiał? Chyba mada in China. Na wszystko trzeba patrzeć dziś. Nawet jak coś nowego, dobrego z salonu kupujesz, aby ci po znajomości żadnej chały nie wcisnęli. Na wszystkim musisz się dziś znać. A te nowe? Dobre? Super. Cieszę się.
- Noo widzisz. Teraz będziesz mógł śmigać po najwyższych krawężnikach, dołkach, górkach, gdzie tylko będziesz chciał. To jest przecież prawdziwa terenówka. Dunlopki są ciche, ale za to się szybciej ścierają. Niestety, coś za coś. Stać cię. Raz na dwa lata, jak wymienisz to będzie OK, Stara, a marka najlepsza chyba na całym świecie. Nikt im nie dorówna. I oryginały na sto procent. Patrz na ten znaczek firmowy. To jak znak wodny. Od 2016 mają specjalny zalewany znak. Nie do podrobienia. Widzisz? To jest to.
- Ahaa, rzeczywiście.
Tak im się miło rozmawiało, że Simon zapomniał całkowicie o telefonie do Alice. Jak zerknął na telefon, na godzinę, to już nie chciał dzwonić, tylko jak najszybciej być w domu i ją uściskać. Odwiózł Aarona. Spojrzał na czas i się zdziwił, bo już była 21. Jak przyjechał do domu to Alice akurat rozmawiała przez telefon. Nie miała wesołej miny. Nie przerywając rozmowy wstawiła zupę na gaz i dalej kontynuowała.
- Jeny kochanie, nie masz co się denerwować. To już nasz któryś wypad z kolei. Wszystko będzie dobrze. Pamiętaj tylko. Nie kupuj nigdy niczego na stałe. Nie możesz się przywiązywać do żadnych rzeczy. Ja co średnio cztery lata mam generalną zmianę trendu mody w moich szfach. Po przyjeździe zazwyczaj kupuje sobie nowe, a za stare dostaję zwrot z ubezpieczalni.
- Tak, jasne - dopowiedział Simon, śmiejąc się pod nosem.
- Znasz kochana Anne? Ona pracuje w dobrej ubezpieczalni. Mówię ci Axa najlepsza i najpewniejsza. Jeszcze zarobiliśmy do przodu.
- Tylko powiedz jej kochanie ile kosztują !!!
- Oj, nie słuchaj go. Wcale nie są tacy drodzy, za to bezproblemowo po przyjeździe robisz spis, dostarczasz Anne i wszystko masz gdzieś, a już za tydzień świeża gotówka na koncie. Szybko i bezproblemowo. To jest właśnie Axa.
- Tylko dodaj, że umowa staje się aktywna po przynajmniej półrocznych wcześniej wpłaconych składkach.
- No dobra skarbie. Pamiętaj, Jak coś to dzwoń. Ja zawsze ci pomogę. Papa. Papa. Lecę już. Mąż przyjechał.
- Co ty jej opowiadasz? Nie widziałem jeszcze droższej firmy ubezpieczeniowej. Żeby nie fakt, że to twoja koleżanka Anne, to bym się wcale nie zgodził na to.
- Etam, co ty mówisz? Powiedz lepiej czemu tak późno przyjechałaś. Siedzę, martwię się o ciebie, a tu ani słychu, ani widu. Czemu nie zadzwoniłeś? Miałeś powiedzieć o której wszystko się zaczyna jutro. Wreszcie sama się dowiedziałam z wiadomości. Wiesz coś może więcej? Co tyle czasu robiliście?
- Dzieci już śpią? Gdzie są?
- W pokoju. Oglądają bajki.
- Oooo!!! Co to jest? Pomidorówka? Jej! Ale pyszna. Taki głodny jestem. Cały dzień nic nie jadłem z tego wszystkiego. Tak szybko w tym warsztacie zleciało. Późno było. Już do domu chciałem szybko dojechać, aby się z tobą zobaczyć i tak, a to to, a to tamto, a to później Aarona zawiozłem i taak. Ok, ale już jestem. No daj tej zupki. Super i jeszcze żebereczka są. Śmietanki dużo nałóż, proszę. Ja już gotowy do jedzenia. Poproszę.
Simon szybko zjadł i poszedł do dzieci. Ucałował je na dobranoc i poszedł do garażu się pakować. Nie mógł znaleźć kufra na samochód. Pamięta, że właśnie w tym miejscu go położył i go nie ma tu. Myśli, czy nikomu przypadkiem nie pożyczył. Dał krok do przodu i potknął się o duży czarny bagażnik, który leżał na środku garażu, czyściutki, wypucowany, pachnący. Pod jego nieobecność Alice umyła go i przygotowała prawie wszystko do spakowania.
- Kochanie zrób porządek z elektroniką i pakuj wszystko. Późno już. Bierzemy mikser? Tak jestem z niego zadowolona. Już takiego nie kupimy.

- Kupimy, kupimy. Nie będziemy się zagracać. Teraz z każdym rokiem nowocześniejsze modele wychodzą. Tak, jak z komputerami, ale akurat tego nie zostawimy. Nie miałem czasu danych z dysku zgrać. Chcesz to możemy ten twój ulubiony obraz wziąć. Tak go lubisz. Coo?

- Nieee. Gdzie go my zmieścimy. Zobacz ile tego wszystkiego jest. Za każdym razem obiecujemy sobie, że tyle rzeczy nie będziemy brać i co? Zawsze to samo.

- To tak samo kochanie, jak na urlop zawsze jedziemy. Też masz tyle rzeczy do spakowania.

- Nie gadaj. Też zawsze masz tyle samo. A to krótkie spodenki, dwie pary, a to spodnie jak będzie zimniej, a to przewiewne na gorące wieczory i tak dalej. Też masz tyle tego wszystkiego. A obraz jak będzie miejsce to go weźmiemy. Oryginalny. Nigdzie takiego nie widziałam. I te dwie maski też poproszę. Takich już nie kupimy nigdzie.

Położyli dzieci i razem, wspólnie wszystko pakowali. Na końcu porobili małe korekty. Pewne rzeczy wyjmowali w zamian za inne ważniejsze. Położyli się dopiero przed czwartą. Budzik poderwał ich na równe nogi o 9.00. Alice poszła robić śniadanie, a Simon raz jeszcze poszedł sprawdzić wszystko. Sprawdził poziom oleju w silniku, przeczyścił światła i popatrzył na nowe, duże opony. Bardzo mu się podobały.
- Jak się czujesz skarbie? Wyspałaś się?
- No nie za bardzo, a ty?
- Też nie. Strefa bezpieczeństwa jest na 250 kilometrze. Możemy się zatrzymać i odpocząć trochę. Do rodziców mamy około 500. Zresztą zobaczymy jak będzie. Tyle wrażeń, że i spać się nie chce. Szybciej się zatrzymamy na coś słodkiego, jakiś napój energetyczny zimny. Dzieciaki nie daliby nam odpocząć i tak, ale loda pewnie z przyjemnością też zjedzą.
- Simon, kochanie! Patrz! Sąsiedzi też postanowili wcześniej wyjechać. Ooo! Mansonowie tak samo. Nie tylko my na taki pomysł genialny wpadliśmy. Dobrze, że wyjeżdżamy wcześnie. Lubię tak na spokojnie, nie śpiesząc się nigdzie.
- Ha, rzeczywiście. Wszyscy się zmówili? Nie szkodzi. Będzie raźniej.
Nie minęła godzina od porannej pobudki a już wszystko było gotowe do wyjazdu. Simon z nerwów nie miał apetytu i nic nie skosztował. Dzieci z Alice usiadły i zjadły całe śniadanie. Dzieci wypiły kakao, a Alice zaparzyła kawę. Simon zawsze lubił przed długą trasą rozpuszczalną z mleczkiem w proszku i dwie łyżeczki cukru.
Dzieciaki były cały czas uśmiechnięte. Dopytywały się wciąż gdzie jadą, czy to jakaś niespodzianka, zgadywały, czy jadą do dziadków, czy gdzie indziej. Bardzo lubiły wspólne podróże. Zawsze rodzice ich zabierali razem od samego dzieciństwa. Były grzeczne i nigdy nie przeszkadzały. W podgłówku u mamy był projektor video i mama im puszczała bajki. Simon i Alice też uśmiechali się do siebie cały czas. Dawno nie byli tacy szczęśliwi. Tak ostatnio wszystko im się układało. Nie lubili tych, w sumie przymusowych wyjazdów co parę lat, ale zawsze po powrocie startowali od nowa i zawsze tak się zazwyczaj składało, że osiągali więcej niż poprzednio, więc mimo wszystko służyły im te wyjazdy. Ekipy, które doprowadzały miasto po katastrofie do porządku doszły do takiej wprawy, że skutków wybuchu wulkanu prawie nigdy nie było widać. Żeby nie te czarne, żarzące się jeszcze zbocza olbrzymiej góry, to miasto wyglądałoby jak z pod igły. Tak potrafili doprowadzić wszystko do składu i ładu. Ludzie powracali na te same miejsca, jak na swoje. Domy, w których mieszkali były wynajęte na specjalnych warunkach. Nie mieli własności. Przed każdym wyjazdem trzeba było zgłosić w administracji, czy się chce powrócić. Warunki najmu w tej okolicy były na tyle atrakcyjne, że miasto z miesiąca na miesiąc stawało się coraz większe pomimo tej przymusowej przeprowadzki raz na parę lat. Każdy wyjeżdżający miał pierwszeństwo wynajmu swojego wcześniejszego miejsca, na którym za każdym razem stał piękny nowy dom. To była chyba jedyna pozytywna okoliczność tego wydarzenia. Nikt nie musiał odnawiać domu. Domy za każdym razem były ładniejsze i bardziej wyposażone, ale i zawsze też trochę droższe. Wulkan Del Pilo był bardzo aktywny i odzywał się systematycznie raz na trzy, cztery lata. Rzadko kiedy przerwy były dłuższe, choć i takie bywały. Niestety nikomu do tej pory nie udało się go okiełzać.
Odjeżdżali już ze swojego podwórka, gdy Alice poprosiła Simona, aby się na chwilkę jeszcze zatrzymał.
- Simon, kochanie. Muszę wejść jeszcze na chwilę do łazienki. Siusi mi się chce. Nie wytrzymam tak dalekiej podróży. Na minutkę kochanie.
- Kochanie, teraz trzeba to wszystko pootwierać, wodę, zawory odkręcać. Za dużo tego jest...
- Proszę, kochanie. Szybciutko. Przecież zdążymy. Naprawdę minutka i po wszystkim. Będę lepiej się czuła.
- Zajedziemy do najbliższej stacji po drodze i na chwilkę staniemy.
- Ale dzisiaj stacje mogą być wszystkie zamknięte. Kootuuś, proooszę...
- Otwarte będą, otwarte na pewno. Wiesz jak ludzie są na kasę pazerni. Będą do wieczora pracować, do ostatniego mieszkańca. Wyjadą na samiutkim końcu. Zobaczysz.
- No dobra kochanie. Niech ci będzie. To jedź już szybko, proszę. Ruszaj. Dawaj. Boziu, biziu poprowadź nas zdrowo i szczęśliwie na miejsce. Miej nas w swej opiece.
Specjalnie Simon przejechał jeszcze przez centrum miasteczka, aby zapamiętać jego stary widok. Niespodziewanie, jak na dzisiejszy dzień był bardzo duży ruch na drodze. Droga poza miasto, która prowadziła do rodziców Alice była pełna samochodów. Widocznie nie tylko oni i ich sąsiedzi skorzystali z takiej możliwości wcześniejszego, spokojniejszego wyjazdu. Samochody bardzo szybko jechały. Każdy się gdzieś śpieszył. Dziwne tylko, że w drugą stronę, w stronę miasta ruch nie był wcale mniejszy. Wręcz przeciwnie. Samochody mknęły do miasteczka z nadmierną prędkością tak, jakby się obawiały czy zdążą z powrotem na czas wyjechać. I może tak właśnie było. Alice zastanawiała się skąd akurat dzisiaj tyle tirów mknie do miasta. I w sumie po co? Dostaw żadnych na pewno już nie przyjmują. Może jakieś większe przeprowadzki. Jeszcze na dodatek zaczęło kropić. Nie zapowiadało się, że deszczyk szybko ustąpi, ale było ciepło na zewnątrz, a w samochodzie była klima i każdy ustawiał dla siebie odpowiednią temperaturę. Dzieci rozbudzone miały dużo pytań jak zwykle. Rodzice wreszcie zaspokoili ich ciekawość i zdradzili gdzie jadą. Zaczęli też opowiadać do wulkanach. Skąd się wzięły. Dlaczego wybuchają. Dzieci zainteresował ten temat. Patric wspomniał, że pani w szkole często o tym mówi. Dla Jessici było to coś bardzo nowego. Zawsze uwielbiała, jak tata opowiadał jej historie o dinozaurach.
... Nagle przed kołami samochodu, nie wiadomo skąd pojawił się mały, biały, słodki piesek. Simon w ostatnim momencie go zobaczył. Odruchowo zareagował i chciał go ominąć. Szarpnął szybko, silnie za kierownicę. Wyjechał na drugą stronę ulicy.
- Simoooon !!! Uwaaża ....
- ...
Wystarczy nieraz jedna minuta, aby zmienić nasz tok wydarzeń. Tylko w którą stronę? Może lepiej zwolnić trochę?
 
 
KONIEC
Napisał: Don Mestoni
 
 
"Nie ma się po co śpieszyć - mądrość zawsze przychodzi za późno." - Jacek Wejroch
 
 
Zapytaj o produkt

Komentarze