facebook_page_plugin

Biografia niepełna i bez przymiotnika

Kategoria: Wiersze Opowiadania
Producent: Barbara Płoszyńska
Liczba odwiedzin: 107
 
Biografia niepełna i bez przymiotnika
 
Barbara Płoszyńska
 
 
***
 
Uczucia
 
 
 
Cześć Jolka
 
Spotkali się na ostatnim, wczasowym turnusie .Mieli oboje po "naście" lat. Spodobali się sobie. Okolica była piękna. Ośrodek znajdował się w parku nad jeziorem. Pływali kajakami po jeziorze, pełnym kaczek, perkozów i wodnych kwiatów. Chodzili po lesie, grali w lotki, a wieczorem oglądali razem festiwal piosenki w telewizji, albo on grał dla niej na gitarze.
Pod koniec sierpnia porozjeżdżali się do domów, w różnych miejscowościach. Rodzice poszli do pracy, oni do szkoły. Przyjechał do niej jeszcze parę razy, ale mieli do siebie zbyt daleko i też nie mieli czasu, by się częściej spotykać.
Sentymentalna dziewczyna przez parę lat wspominała tamtą znajomość. W otoczeniu szukała podobnego chłopca - blondyna o smagłej cerze i niebieskich oczach. Żaden inny jej się nie podobał. Szukała i nie znajdowała.
Wreszcie postanowiła odwiedzić chłopca.
Było późne popołudnie, kiedy z biciem serca, niezapowiedziana zapukała do drzwi jego mieszkania. Chłopiec otworzył. Nic się nie zmienił. Był taki, jakim go zapamiętała, jaki jej się podobał i ... usłyszała - cześć Jolka ! To było jak policzek. Pomylił ją z inną dziewczyną !
Wróciła do domu spokojna i wesoła. Już nie myślała o tym chłopcu, następny był brunetem.
 
 
 
Chłopak z pociągu
 
To było przypadkowe spotkanie. Siostry wygłupiały się w przedziale pośpiesznego pociągu, który wiózł wczasowiczów znad morza w głąb kraju. Było jej wstyd przed obcym chłopakiem, który się dosiadł i stał się mimowolnym świadkiem tego żenującego przedstawienia. Jak to się stało, że razem wyszli na korytarz ? Chyba po prostu zostawili rozrabiające smarkule, żeby mieć spokój. Potem już rozmawiali i ... rozmawiali, choć byli obcymi ludźmi i nawet nie znali swoich imion. Samych ich to dziwiło, ale w sumie nie bardzo im przeszkadzało.
On był wysokim, przystojnym blondynem, może trochę zbyt elegancko ubranym.
Ona miała miłą twarz, drobną z niebieskimi oczami. Chłopak był smutny, bo pokłócił się z dziewczyną. Ona miała do zdania trudny egzamin. Wysiadła wcześniej, chłopak pojechał dalej, na Śląsk. W domu pomyślała że trzeba było dać mu choć numer telefonu.
Ciągle żałuje, że tego nie zrobiła, bo potem z żadnym chłopakiem już tak dobrze jej się nie rozmawiało.
 

 
Jasiek i konwalie
 
Ta drobna dziewczyna z niesfornymi blond kosmykami wokół głowy miała zniewalający uśmiech, ale jakby nie zdawała sobie z tego sprawy. Z powodu swojej nieśmiałości nie miała zbyt wielu wielbicieli. Tworzyła przyjemne dla oka tło - tylko tło. Nie stała w pierwszym rzędzie, wolała oglądać świat z boku. On też nie od razu chciał się z nią umówić. Nieco ją to zdziwiło, bo niczym zewnętrznie nie przyciągał i była pewna, że się podoba temu przygarbionemu, blademu, szczupłemu chłopakowi. Nie oszołomił ją właściwie nigdy, a jednak on musiał ją zapamiętać, bo na następną wędrówkę przyszedł z jaśkiem .
To był rześki, wiosenny czas. Przy drogach kwitły tarniny, ziemia pachniała, a nad polami śpiewały skowronki. Dobrze było iść ze studencką grupą przed siebie, zostawić codzienne biedy gdzieś daleko w mieście.
Chłopak, choć niepozorny, był jednak bardzo oryginalny, taki nienowocześnie uczciwy. Nic wokół niego nie było fałszywe, czy choć dwuznaczne - czarne było czarne, a białe, białe.
Tylko on pomyślał, że jasiek się przyda, bo trudno spać na twardej, zimnej, drewnianej podłodze, w wiejskiej szkole, po trudach całodziennej wędrówki. Jasiek był lekki, ale wypełniał dużą część plecaka. Nieporęczna poduszeczka zabrana była specjalnie dla dziewczyny. Zdziwiło ją to i wzruszyło. Potem też zawstydziło, kiedy po długim marszu, wyciągnęła się wreszcie, gdzieś na podłodze, a chłopak bezceremonialnie zdjął jej buty i skarpetki, po czym zaczął masować jej zmęczone nogi. Nawet nie protestowała, bo zrobił to tak zdecydowanie, jakby to było coś oczywistego. Zaopiekował się nią i to było ważne.
Długo się nie widzieli, aż kiedyś spotkali się na ulicy, w styczniowe przedpołudnie. On szedł do szpitala, na operację. Był sam, w obcym mieście. Zwyczajnie się bał, co go czeka. Zrobiło jej się żal chłopaka. Odprowadziła go, a potem odwiedzała, bo przecież nie miał nikogo. Bolało go i dlatego przynosiła mu konwalie, jasne i czyste - naturalne jak on sam. Pięknie pachniały.
I tak już zostali razem.
 
 
 
***
 
Kolonie
 
 
 
10 pompek grubasie
 
Wesołą grupą maszerowali przez las. Dostali zadanie – mieli urządzić kąpielisko dla całej kolonii. Jezioro było spory kawałek drogi od pałacyku w którym mieszkali. Było gorąco i wszystkim chciało się pić, więc kiedy wśród drzew ukazał się strumyk, chłopcy ruszyli biegiem. Pani zaraz pomyślała, że wszyscy się pochorują, bo przecież nie są w górach i woda w strumyku pewnie jest brudna, nie nadaje się do picia. Mówiła o tym, że przecież nie można pić nieprzegotowanej wody. Nikt jej nie słuchał.
Zaczęła krzyczeć, że mają zaraz do niej przyjść. Krzyczała na całe gardło, jakby od tego zależało ich życie.
Właśnie wtedy obok przechodził gruby pan. Usłyszał głośne krzyki Pani i oburzył się :
- jak pani może tak krzyczeć na dzieci ! Kto panią zatrudnił ? pani się zupełnie nie nadaje o tej pracy.
Pani nigdy tak nie krzyczała, nie musiała, teraz było jej wstyd. W myśli przyznawała rację oburzonemu panu, ale przecież chciała dobrze, a sytuacja była naprawdę wyjątkowa. Czy jednak cokolwiek mogło usprawiedliwić takie krzyki ?
Zaciekawieni chłopcy wrócili. Skupili się wokół Pani i ... usłyszała :
... dziesięć pompek grubasie, odwal się od naszej Pani. Gruby pan wzruszył ramionami i po prostu sobie poszedł.
To była skuteczna obrona. Pani była zdziwiona i wzruszona. Jej chłopcy "stanęli za nią murem".
 
 
Kolonijne słoneczko
 
Grupa była trudna - chłopcy w wieku od 6 do16 lat. Miejskie urwisy - wesołe, inteligentne i dokuczliwe - prawdziwy sprawdzian dla Pani. Była niewiele od nich starsza i nigdy jeszcze nie była wychowawczynią.
Ten chłopiec miał nie więcej niż 14 lat. Drobny blondynek z ładną buzią i nieśmiałym uśmiechem. Na kolonii nie sprawiał kłopotu. Pani z nim nie rozmawiała, bo nie było o czym. Miała dość problemów z innymi. Jednak teraz, po trzydziestu latach, pamięta tylko tamtego, niepozornego chłopca. Tylko on ją naprawdę wzruszył i zadziwił. Wtedy nie wiedziała o tym, że codziennie, przez cały miesiąc, wstawał wcześniej niż inni. Przed śniadaniem szedł do najmłodszej grupy dzieci i pomagał prześcielać, przesiusiane przez maluchy, prześcieradła. Nikt go o to nie prosił. Nie miał też młodszego rodzeństwa. Skąd wpadł na ten pomysł nie wiadomo. Właściwie nikt by o tym nie wiedział, ale pod koniec kolonijnego turnusu Pani miała problem, komu dać nagrodę i za co. Właśnie wtedy koleżanka, wychowawczyni najmłodszej grupy dzieci, opowiedziała o wszystkim. Pani się zdziwiła. Wydawało jej się, że wie o swoich chłopcach wszystko, tylko nie zauważała nikogo, kto by się szczególnie wyróżniał, a jak każda Pani , chciała na zakończenie dać komuś książkę w nagrodę.
Wspominając po latach tamten czas, ciągle jeszcze kręci głową - akurat on - taki nijaki, raczej z tyłu, milczący, ciągle uśmiechnięty... a taki KTOŚ
 
 
 
***
 
Kobiety
 
 
 
Ta wredna Ukrainka
 
Stara kobieta, przywieziona do rentgena przez sąsiadkę ze szpitalnej sali, długo czekała, w ciemnym korytarzu, aż ją poproszą na badanie.
Zdążyła opowiedzieć, co ją najbardziej w życiu skrzywdziło o Akcji „Wisła”. O tym jak ją wywieziono z rodzinnego domu, w nieznane strony, na północ kraju. O tym, jak wysadzono ją z pociągu z małymi dziećmi, w nieznanym miejscu. Nigdy się tam nie zadomowiła. Czuła się obco.
Ma żal. Nic złego przecież nie zrobiła. Za co ją to spotkało? To, co mówiła budziło współczucie. Było niesprawiedliwe.
Na drugi dzień, na oddziale, pacjentki śmiały się i wesoło śpiewały. Wszystkie były poważnie chore, ale starały się nie myśleć o swoich chorobach. Stara kobieta była oburzona. Głośno mówiła o tym, że to szpital i, że nie wypada śpiewać i śmiać się, że to nieprzyzwoite, że ma natychmiast być cicho.
 
Wtedy jedna z pacjentek – milicjantka powiedziała : widzicie ją , a to wredna Ukrainka.
 
 
Dobra kobieta
 
Kiedyś sąsiadka zobaczyła ją jak idzie, skrajem szosy, ze spuszczoną głową i rozbieganymi oczami – kobieta wyglądała na szaloną, ale taka nie była, po prostu miała kłopoty.
Wtedy nikt nie chciał jej pomóc, nawet rodzina. Śmiano się z niej, wkoło nie było nikogo życzliwego. Mąż ją zdradził, zadłużył, a do domu przyszedł komornik. Bała się, że sobie nie poradzi. Samotnie wychowywała córkę i syna. W sobotę wielkanocną znów spotkała tamtą sąsiadkę i choć się prawie nie znały , rozmawiały, a potem nawet wypiły razem kawę. To był szczęśliwy dzień w życiu dobrej kobiety. Powoli, nieśmiało, codziennie wyżej podnosiła głowę. Już miała z kim pić kawę.
Upłynęło trochę czasu. Ze zdziwieniem przyglądano się dobrej kobiecie, teraz nikt się z niej nie śmiał, raczej zaczęto z uwagą słuchać o czym mówi. Potem był festyn. Mąż dobrej kobiety i jego nowa ukochana upili się. Zostawili swoje wspólne dziecko pod opieką córeczki dobrej kobiety. Dziewczynka wzięła niemowlę i zaniosła do domu - w końcu to była jej przyrodnia siostra. Jakiś czas mieszkali wspólnie. Ludzie tego nie rozumieli, pukali się w głowę i znów uważali dobrą kobietę za głupią.
Głupia – tłumaczyła się komornikowi z długów męża,
głupia – przygarnęła cudze dziecko,
głupia - nie chciała się zgodzić na picie piwa w domu . Mąż był szanowany, był kandydatem na radnego, synowi się podobał – kupował mu kurczaki z rożna i piwo. Mama wyganiała z piwem z domu, a poza tym nigdy nie miała pieniędzy.
Syn chciał być jak tata – pić piwo i mieć kobiety. Teraz jest jak tata – dobra kobieta nic nie mogła zrobić.
Dziś dom dobrej kobiety jest spokojny i ciepły, nie ma w nim mężczyzny i piwa. Lubię tam przychodzić.
 
 
Babcia sąsiadka
 
To była malutka, uśmiechnięta Babcinka, w kolorowej chuście na głowie.
Miała łaciatą krowę, ogromną świnię, trochę kurek i pole ze zbożem.
Gospodarzyła sama, bo jedyny syn był leniwy i lubił wypić.
Kiedyś prowadzona na łańcuchu krowa przewróciła Babcię w kałużę.
Pogotowie zabrało kobiecinę do szpitala, bo się mocno potłukła.
Proszono wtedy, żeby sprzedała krowę, ale się nie zgodziła – nie umiała żyć bez krowy.
Wołała do siebie dzieci, dawała im chleb ze śmietaną i z cukrem.
Raz poczęstowała mamę blinami. W środku była upieczona mucha. Od tego czasu mama nie zjadła już nic od Babci.
Babcia była samotna, więc mama zapraszała ją do siebie na kawę. Siadały na schodach przed domem i rozmawiały. Chyba lubiły obie te rozmowy. Obok mamy siadywał ukochany kot i przytulał się. Pewnego razu mama weszła na chwilę do domu. Na schodach została Babcia. Kot przysunął się do niej, ale zaraz szybko się odsunął, bo to nie była mama – inaczej pachniała.
Wszystko się zmieniło, kiedy Babcia poskarżyła się w Urzędzie, że 10 kurek mamy wyjadło jej z pola 14 worków zboża. Urzędnicy śmiali się i kręcili głowami – nikt Babci nie uwierzył, bo to było nieprawdopodobne.
Mama się zdziwiła, ale nic nie zrobiła, tylko nie zapraszała już Babci na kawę. Było jej smutno, bo lubiła rozmawiać z Babcią.
 
 
 
***
 
Niezwykłości
 
 
 
Ufo
 
W domu nie mieli firanek, a zasłony zaciągali, kiedy szli spać lub było bardzo późno. W ten sposób mieli ciągły kontakt z przyrodą. Mieszkali na piętrze, wśród pól, a w odległości 50 metrów nie było innych domów.
Kiedyś w letni, pogodny wieczór usłyszeli dziwne buczenie. Wszyscy spojrzeli za okno i zobaczyli to "coś" - duży krążek z małymi światełkami pod spodem. Leciał dość nisko, obniżał lot, jakby chciał wylądować na pobliskiej łące. Wydawało się, że jest bardzo blisko.
Tato dał hasło i z trzema chłopcami wybiegł z domu, by dogonić to, co właśnie chciało wylądować. Dziwny obiekt był jednak daleko, o wiele dalej, niż się wydawało. Musiał być bardzo duży. Za jakiś czas chłopcy z tatą wrócili zdyszani z powrotem.
Co to było do dziś nie wiadomo. Nikt o tym potem nie chciał mówić. Tylko mama uparcie do tego wraca.
 
 
Piorun
 
Tyle się słyszy o różnych dziwnych sytuacjach. Komuś coś się zdarza, później o tym opowiada. Słuchamy uważnie, ale tak naprawę jak spotyka nas coś takiego, to nie jesteśmy na to przygotowani i to coś zwykle nas zaskakuje, a nawet paraliżuje. To było takie właśnie zdarzenie. W letnie popołudnie miało się na burzę, więc wszyscy byli w domu, w kuchni. Mama zmywała naczynia, reszta stała.
Dlaczego razem stali ? nie wiem. Może rozmawiali, a może chcieli o czymś zdecydować.
Nagle przez środek kuchni przeleciała błyskawica. Jak linijką podzieliła kuchnię na dwie części - od zlewu do gniazdka w przeciwległej ścianie. Mama cofnęła się przerażona. Popatrzyła na resztę. Nikomu nic się nie stało. Błysk nie trafił na nikogo, choć podzielił rodzinę na dwie części. Osobno stał tata i najstarszy syn, osobno mama i dwójka młodszych chłopców.
Potem, za jakiś czas, najstarszy z chłopców siedział na murku przed domem i znów piorun uderzył - w murek obok niego. Wtedy też nikomu nic się nie stało.
Dziś rodzina jest podzielona, jak pamiętnego dnia , w kuchni. Taty i najstarszego synka już nie ma - umarli. Reszta rodziny czuje się dobrze.
 
 
Nocny oddział
 
Zagadała się z sąsiadką. Wracała do domu późną nocą, sama, polną dróżką. Oni wyszli od pola, z lewej strony. Szli jeden za drugim, gęsiego, milczący, jednakowo ubrani, jak fantomy. Rośli mężczyźni w sile wieku, równym, zdecydowanym krokiem posuwali się naprzód, nie odwracając się do tyłu.
Poczuła się nieswojo, zrobiło się strasznie. Nikogo wokół nie było, a oni wyszli nagle, z kompletnego odludzia. Oby tylko nie wyczuli, że idzie z tyłu. Starała się zachować bezpieczną odległość, wpatrywała się w mężczyzn jak urzeczona. Może jej nie zauważą. Może się uda. Do przejścia miała jeszcze ok. 200 metrów, niezbyt bezpiecznej o tej porze, alei lipowej. Z tej strony miasta nikt nie mieszkał. Ścieżka, którą szli, wiodła pod górę i kończyła się nasypem kolejowym. Dalej była, oświetlona o tej porze, rampa kolejowa. O trzeciej nad ranem przyjeżdżała "zbiorówka", ale do tego było jeszcze trochę czasu.
Mężczyźni zniknęli za nasypem. Wychyliła się z cienia, żeby sprawdzić w którą stronę poszli. Nie było nikogo. Nie mogła uwierzyć - weszli na odkrytą przestrzeń. Nie było mgły i też nie można było tam gdzie się ukryć.
Chyba się nie rozpłynęli ?... a jednak.
 
 
 
***
 
Dzieci
 
 
 
Wigilijny heroizm
 
Po uroczystej wigilijnej kolacji, na stół podano pierniki, czekoladę, pomarańcze i orzechy. Dorośli na coś czekali. Nagle ktoś zadzwonił do drzwi. To Gwiazdor - powiedziała jedna z mam tajemniczo. Dzieci stały wystraszone. Tego kogoś nigdy nie widziały, a pewnie był to ktoś bardzo ważny.
Do pokoju wszedł obcy, dziwacznie ubrany pan, z wielkim workiem. Kazał podchodzić do siebie kolejno. Zadawał pytania grubym głosem. Wszyscy go słuchali i grzecznie odpowiadali. Tato malutkiego chłopczyka dostał klapsa, bo podobno kiedyś był niegrzeczny. Dorośli się śmiali, a chłopczyk był oburzony. Nie mógł pojąć, nie mógł się z tym zgodzić - jak można bić jego ukochanego tatusia.
Bał się okropnie. Płakał ze strachu, ale przecież nikt inny nie bronił taty przed obcym panem. Rzucił się na Gwiazdora . Okładał go, na oślep, małymi rączkami.
- zostaw mojego tatusia, nie bij mojego tatusia - krzyczał. Dorośli stali zaskoczeni. Nie przewidzieli takiej sytuacji. Gwiazdor śmiał się i odchylał, unikając ciosów.
 
Kiedy już sobie poszedł, długo jeszcze musiano uspokajać zdenerwowanego malca. Nie chciał prezentów, szlochał w głos.
 
 
Ty się śmiejesz, a ja walczyłem o życie
 
Mamo powiesiłem się na drzewie ! - wykrzyczał do swojej mamy wzburzony dziesięcioletni chłopiec.
- co ty mówisz ?
powiesiłem się za kurtkę
gdzie ?
za domem
- kiedy ?
- przed chwilą
- dlaczego mnie nie zawołałeś ?
- nie mogłem, dusiłem się
- dusiłeś się ? na drzewie, za domem ?
Mama zaczęła się śmiać. To było takie nieprawdopodobne.
- śmiej się, śmiej, a ja walczyłem o życie - cicho wydusił z siebie rozżalony chłopiec.
Mama nie bardzo przejęła się opowiadaniem swojego synka. Dopiero za parę lat zdenerwowała się, kiedy dowiedziała się o tym, że jakiś chłopiec, z tego samego miasteczka powiesił się na drzewie, za bluzę, w sadzie koło domu. Tamtego nie zdołano uratować. Kiedy go odnaleziono już nie żył.
Synek mamy, poproszony, opowiedział jak to z nim było. Wszedł na drzewo, jak to robi wielu chłopców w jego wieku i zahaczył bluzą o gałąź. Bluza zsunęła mu się z ramion i zacisnęła wokół szyi. Nie mógł krzyczeć. Na szczęście puścił guzik i chłopiec spadł na ziemię.
W tym czasie, obok w domu, mama spokojnie gotowała obiad.
 
 
Będę Spidermanem
 
- Babciu, kupisz mi na urodziny strój Spidermana
- Strój Spidermana ?
- Może chcesz samochód strażacki, albo inną zabawkę ?
- Nie !, chcę wyglądać jak Spiderman .
 
Mały, śliczny chłopiec powtarzał to samo przy każdej okazji. W końcu babcia się poddała i obiecała spełnić prośbę. To było trudne zadanie. Długo szukała, ale znalazła. Przyniosła ukochanemu wnuczkowi wymarzony strój. Nie zachwycał się prezentem ani przez chwilę, zaraz go ubrał. Okazało się, że było to dobrze przemyślane życzenie. Chłopiec chciał chodzić po ścianach i po suficie. Przebrany za Spidermana, rzucał się na ścianę, przekonany, że się przyczepi i oczywiście odpadał zdziwiony. Ciągle próbował, wydawało mu się, że robi coś nie tak. Mógł się mocno potłuc. Wreszcie zniechęcony zrezygnował.
Później babcia pomyślała : - O Boże ! jak to dobrze, że nie chciał zostać Batmanem, mieszka przecież na czwartym piętrze.
 
 
Pechowiec
 
Kiedy był malutki, chował się za mamę i najbezpieczniej czuł się tylko przy niej. Potem miał wiele pomysłów. Chciał szukać w ziemi drogich kamieni, zbierać minerały. Na opuszczonym torowisku było dużo kamyków. Usiadł więc na torach i szukał tych drogocennych. W tym samym czasie, na sąsiedniej działce, dzieci z bloków podjadały truskawki. Nie znał truskawkowego pana, więc nie uciekał, kiedy tamten się pojawił. Zresztą dlaczego miał uciekać, przecież nic złego nie robił. Pan chciał koniecznie złapać złodziei. W pobliżu jego działki był tylko ten chłopiec - reszta uciekła, więc zabrał chłopcu rower i zaprowadził na milicję. Upierał się, że właśnie ten chłopiec był u niego na truskawkach. Jakoś się udało, uwierzono chłopcu i odzyskał rower.
Niedługo potem chłopiec pojechał, po szkole, na rowerze, na ulicę Kwiatową. Wśród nowo budujących się domów, był tam niewielki stawek. Na brzegu pasła się krowa, a po wodzie pływały kaczki...i jeszcze coś. Chłopiec postawił rower przy płocie jakiejś budowy i poszedł sprawdzić, co to jest. Już teraz nie pamiętam, co to było - pewnie jakiś karton, albo inny nic niewarty śmieć, jednak co innego było ważne.
Właśnie wtedy inni chłopcy bawili się wyciągając z budowy styropian i kruszyli go na drodze. Pan z budowy bardzo się zdenerwował, chciał złapać szkodników, ale uciekli. W pobliżu stał rower, który znów został zaprowadzony na milicję. Mama po raz drugi tłumaczyła, że syn nic nie zrobił, że to przypadkowy zbieg okoliczności itd.
Pan milicjant kiwał głową:
- albo pani nie zna swojego syna, albo pani syn, to prawdziwy pechowiec.
 
Rzeczywiście miał pecha i jak wielu, podobnych mu porządnych chłopców często ponosił konsekwencje wybryków swoich rówieśników, ale miał też mamę, która mu wierzyła.
 
 
 
***
 
Szkoła
 
 
 
 
 
Taka mała, duża niesprawidliwość
 
Taki się urodził - pracowity, życzliwy i odpowiedzialny. Miał wielu kolegów. Poza tym lubił szkołę i dobrze się uczył. Kiedyś, w drugiej klasie, wychowawczyni poprosiła go, by usiadł w ławce z chłopcem, który przeszkadzał i którego nikt nie lubił. Pani wyjaśniała, że jest wspaniały i tylko on wytrzyma z tamtym gadułą. Nie chciał się zgodzić, bo lubił się uczyć i bał się, że kolega z ławki będzie mu przeszkadzał. W końcu mama go przekonała. Mówiła, że trzeba pomagać innym dzieciom i, że to dla dobra sprawy i takie tam...
Chłopiec się nie skarżył, ale nie dostał świadectwa z czerwonym paskiem, bo podobno rozmawiał na lekcji. Potem Pani mówiła, że jest sprawiedliwa - dla nikogo nie robi wyjątków i traktuje równo wszystkie dzieci.
Chłopiec jednak nie mógł zrozumieć dlaczego obniżono mu stopień z zachowania, przecież nie rozmawiał, a tylko uciszał przeszkadzającego kolegę. Czuł się oszukany - chciał tylko pomóc, Pani sama go prosiła o pomoc.
 
Odtąd już wiedział, że nie należy we wszystko wierzyć Pani, a mama nie zawsze ma rację.
 
 
Panorama miasta
 
Było ich w klasie takich trzech. Trzymali się razem. Śmiali, inteligentni, ciekawi świata. W szkole była zabawa. Jeden z chłopców akurat zachorował. Dwóch pozostałych i jeszcze parę innych dzieci, po zabawie poszli go odwiedzić. Zrobiło się jednak dość późno. Nie odważyli się zadzwonić do drzwi mieszkania chorego kolegi.
Dom przed którym stali był wysoki, górował nad okolicą. Jeden z chłopców wpadł na pomysł, by wejść na dach i stamtąd obejrzeć panoramę miasta. Zawsze miał ciekawe pomysły.
Nie wiedział, że poprzedniego dnia, w tym właśnie domu, było włamanie, a złodzieje weszli przez okienko w dachu. Kiedy więc mieszkańcy poddasza usłyszeli, że u góry coś się dzieje od razu wezwali milicję.
Później, na posterunku, wystraszone dzieci, czekały na rodziców. Dziewczynki płakały.
Historia nie miała dalszego ciągu, bo rodzice mieli wyobraźnię i poczucie humoru.
 
 
Kabarecik Pierwszy Wielki
 
Kabarecik, to był wielki, beżowy, pluszowy miś. Przyjechał do domu w samochodzie, na przednim siedzeniu, jak pasażer. Ledwie się zmieścił. Dostała go Pani od klasy w prezencie, z ogromnym bukietem herbacianych róż. Płakała, miś był pożegnaniem - dzieci kończyły szkołę. Ta klasa była szczególna. Pani i dzieciaki po prostu przepadały za sobą. Wierzyli sobie i mogli na sobie polegać. Zrobili razem szkolny kabaret. Pani pisała teksty, dzieci grały. Każde przedstawienie było inne, każde było wydarzeniem, którym żyła cała szkoła. Raz mieli próbę na auli, była też tam pierwsza klasa, której akurat wypadła jakaś lekcja. Pierwszaki siedziały jak urzeczone - nikt nie rozmawiał, nikt nie biegał po sali. To był prawdziwy sprawdzian - kabaret był po prostu dobry.
Próby szkolnego kabaretu odbywały się też u Pani w domu. Wszyscy dobrze się bawili i śmiali się. Kiedyś nawet jedna z dziewczynek posiusiała się ze śmiechu na Pani fotel. To były dobre czasy.
Z czasem pluszowy miś - nazwany na pamiątkę Kabarecikiem, zakurzył się i głowa mu odpadła. W końcu Pani się przeprowadziła, a miś się gdzieś zawieruszył.
 
Do dziś jednak Pani o nim pamięta i dzieciaki pewnie też pamiętają, choć już same mają dzieci.
 
 
 
***
 
Zdarzenia
 
 
 
Latające garaże
 
To był czas, kiedy w kraju namawiano ludzi, by zakładali własne firmy, że niby to nie takie straszne, że trzeba wziąć los w swoje ręce itd. Przypadkowo przeczytała ogłoszenie w gazecie, że firma ze Śląska poszukuje osób, bez kapitału, do sprzedaży blaszanych garaży. To była szansa dla całej rodziny, bo potrzeby rosły, a pieniędzy było coraz mniej. Raz nawet chłopcy musieli oberwać czereśnie w sadzie i sprzedać je na giełdzie, bo zbliżała się niedziela, a nie było na chleb. Ostatnie pieniądze wpłaciła na firmowy garaż. Długo na niego czekała, denerwowała się, wreszcie straciła cierpliwość i pojechała na Śląsk, sprawdzić jak się sprawy mają. Bała się, że ją oszukano. Pod wskazanym adresem, stał typowy śląski "familok" z czerwonej cegły. W środku pachniało kapuśniakiem. Jakiś mężczyzna, w podkoszulku, który właśnie się golił, wyjrzał ze swojego mieszkania na wspólny korytarz. Usłyszała, że tam nie ma żadnej firmy. Zrobiło jej się słabo. Pomyślała, że znów ją nabrano. W końcu mężczyzna w podkoszulku przypomniał sobie, że firma jest, ale teraz przy stadionie. Na szczęście to była prawda.
Z początku na garaże nie było chętnych. Sprzedaż ruszyła pół roku później. Zaczęli wreszcie zarabiać. Wydawało się, że teraz już będzie tylko lepiej.
Przyszła Wielkanoc - wyjechali z miasta, by spędzić święta w ludzkich warunkach. Kiedy, w Wielki Czwartek, w piekarniku rumieniło się ciasto, przyszła znajoma - chodź do telefonu, coś się stało z garażem! Wtedy mocno wiało. Podmuch wiatru podniósł garaż do góry, złożył jak pudełko zapałek i przewrócił na szklarnię sąsiada. Na szczęście sąsiad był dobrym człowiekiem i nie miał pretensji. Nie było już jednak pieniędzy na następny garaż. W końcu zlikwidowała firmę.
Potem z uśmiechem mówiła, że sprzedawała latające garaże.
 
 
Lampa halogenowa
 
Po śmierci taty, mieszkali z mamą w starym prymitywnym domu. Chłopcy ustawili dużą, ciężką, elektryczną piłę w piwnicy i cięli nią drewno na opał. Kolega jednego z chłopców, przyniósł starą lampę halogenową i odtąd można było ciąć drewno nawet wieczorem. To było ważne, bo jesienią dni były krótkie, szybko robiło się ciemno, a do południa była szkoła.
Pewnego ranka przyjechała milicja, pytali o lampę halogenową. Mama pokazała tę, którą dostali. Okazało się, że lampa jest kradziona. Zabrano syna z mamą na posterunek, na przesłuchanie. Tam czekali bez jakiejkolwiek informacji, bez picia i jedzenia, na korytarzu, cały dzień. W końcu powiedziano mamie, że ma syna pasera, że zostanie zabrany na Izbę Dziecka, ze względu na możliwość mataczenia. Mama była zdziwiona i wzburzona. Byli biedni, w domu mieli wiele rzeczy podarowanych i nigdy nie pytali skąd są. Cieszyli się ze wszystkiego, choć zwykle były to rzeczy stare i niewiele warte, tak jak halogenowa lampa.
- jakie paserstwo? czemu do Izby Dziecka?, przecież syn ma gdzie spać - denerwowała się
mama.
W końcu komendant ulitował się i obiecał po przesłuchaniu odwieźć chłopca do domu. Mama nie mogła dłużej czekać, bo zrobiło się późno, a miała jeszcze inne dzieci. Najmłodsza córeczka miała zaledwie 7 lat.
Wieczorem przywieziono syna, a mama musiała pokwitować jego odbiór jak jakąś paczkę. Potem, na rozprawie w sądzie, uniewinniono chłopca, a pani sędzina gratulowała mamie, że dobrze wychowuje dzieci. Mama jednak znów się zdziwiła, kiedy sędzia życzliwie doradziła, żeby nie zapraszać więcej do domu kolegi, który przyniósł lampę.
- jak to?- dziwiła się mama, przecież dzieciom trzeba pomagać, a ten chłopiec miał ciężko, zdarzało się, że był po prostu głodny.
Nie posłuchała rady sędziny. Nie powiedziała nic chłopcu, przyjmowała go dalej. Wyrósł na dobrego człowieka.
 
 
 
***
 
Domy
 
 
 
Dom 44
 
Dom 44 był ich pierwszym domem. Stary, parterowy, z czerwonej cegły, miał stryszek z kotami i aż do samego dachu oplatało go winogrono. Obok wejścia była piaskownica, a na drzwiach rodzice zawiesili huśtawkę. Najprzyjemniej huśtało się w czasie deszczu - raz na mokry dwór, raz do suchej sieni.
W tej zielonej okolicy budynki otaczały ogrody. Dom 44 dodatkowo miał dwa podwórza, dwie stróżówki, a od ulicy długi płot z wielką bramą i gęstym żywopłotem z bzu. Na pierwszym podwórzu z przodu, rosła topola, a przed nią stał trzepak na dywany. Z tyłu była fabryka i warsztat. Jednak ciekawsze było drugie podwórze, za fabryką. Pełno tam było drewnianych skrzyń, metalowych słupków ogrodzeniowych i żółciutkiego piasku. Stały tam też beczki z wodą, w których myli się pracownicy drutowni. Wiaty i skrzynie stanowiły dla dzieci niezbadany teren. Raz znalazły tam małego puszczyka, którego zaniesiono do domu i karmiono muchami, potem martwego kreta, którego następnie wsadzono w metalową rurkę i zakopano, by sprawdzić, co się z nim stanie po pewnym czasie. Niestety nie udało się go odkopać.
Bawiono się w - "szukano", bo w skrzyniach można się było doskonale ukryć. Czasem do zabawy przyłączał się strażnik. Udawał amerykańskiego żołnierza na strażnicy, którego napadli Indianie. Podwórza były dość rozległe, połączone przejściem wzdłuż długiego warsztatu, więc często urządzano na nich wyścigi rowerowe. Bawiono się i w inne zabawy : - w "serso", - "kraj-miasto-rzeka", - "człowieka", wreszcie w - "milicjantów i złodziei". Dom był dwurodzinny. Dzieci było kilkoro i spotykały się codziennie, jak tylko miały wolny czas. Towarzyszyły im zwierzęta - koty, często jakiś pies, koń Max - węglarza Antkowiaka, do tego hodowano kury, kaczki i króliki. Małe kotki i króliczki, poprzebierane w sweterki lalek, grzecznie leżały w wózeczkach i dawały się wozić po podwórzu. Miauczały, fukały, były ciepłe i mięciutkie - milsze niż sztywne i milczące lalki celuloidowe. Poza tym można je było karmić mleczkiem z butelki.
Dom 44 był spokojny i szczęśliwy. Nie ma go już. Rozebrano go. W tej części miasta powstało nowe osiedle, z czystymi, ciepłymi mieszkaniami, bez podwórza i ogrodu.
 
 
Dom jak okręt
 
Na obrzeżu miasteczka, wśród pól, otoczony alejami – topolową, lipową, akacjową i liliowymi bzami, stał biały dom, numer 2, z mieszkaniem na piętrze. Mieszkało się w nim jak na okręcie, zwłaszcza kiedy urosło zboże i falowało pod oknami jak morze lub, kiedy jesienne mgły zasłoniły pola i ścieliły się na wysokość parteru. Mieszkańcy żyli tradycyjnie. Nikomu nie przeszkadzali, a jak było trzeba, to nawet służyli pomocą.
Szanowano ich w szczególny sposób. Nie byli stamtąd. Trochę ich podziwiano, ale też im zazdroszczono i nawet się ich bano. Byli wykształceni, uczciwi, dawali innym dobry przykład. Starali się nie wyróżniać, bo byli skromni, jednak właśnie dlatego się wyróżniali - bo gdyby on pił, ona go zdradzała, a choćby dzieci kradły, to co innego, ale oni byli porządni. Kiedyś zachorował tato i musieli wyjechać na dłuższy czas. Zostawili rzeczy, bo nie mieli gdzie ich zabrać. Skorzystano z okazji - cały dzień wynoszono skromny, rodzinny dobytek na wyrwanych ze ścian oknach i drzwiach. Mieszkańcy nie mieli do czego wracać. Winnych nie znaleziono, może nawet nie szukano.
 
W miasteczku żyje się spokojniej. Rozebrano dom jak okręt i teraz trudno przypomnieć sobie gdzie dokładnie stał.
 
 
Dom nr 4
 
Dom nr 4 był tak naprawdę trzecim domem. Na początku mała dziewczynka powiedziała o nim z żalem :
- to ma być dom ?,
- to dom Baby Jagi, a gdzie jest ta łąka z kwiatkami ?
Nie podobało się jej. Miała rację. Było okropnie, brzydko, a wkoło piętrzyły się sterty śmieci.
W zimie zamarzła woda, zepsuł się samochód i okazało się, że tato jest poważnie chory. Najmłodszą dziewczynkę trzeba było dowozić autobusem do szkoły i codziennie jeździć do taty do szpitala. Było ciężko. Z czasem już mieli ogródek i swoje warzywa, a dziewczynka wracała z ogrodu z wiaderkiem truskawek. Potem mama wywalczyła ogrodzenie, chłopcy zrobili bramę i już było inaczej. Zrobiono ubikację, zainstalowano wannę i piec kąpielowy. Wreszcie można się było porządnie umyć. W końcu przyszły jakieś pieniądze i ruszyła budowa nowego domu.
Działka jest coraz ładniejsza, uprzątnięto stare opony, gruz i złom. Po ścianie garażu pnie się winogrono. Mama posadziła wierzbę płaczącą, leszczynę i pigwę. Wzdłuż domu rosną pomarańczowe lilie, a przy lipie, duża kępa brązowych i granatowych irysów. Ziemia zazieleniła się równo przyciętą trawą. Wiosną pięknie pachną bzy, akacje, a po nich miododajna lipa. W sadzie kwitną czereśnie, jabłonie i śliwy. Czasem, gdzieś z tyłu, słychać nawet bażanty. Każdy tu ma swoje miejsce. Do miasta jedzie się zaledwie pół godziny, a żyje się jak na wsi.
Polubili to miejsce, uznali je za swoje. Może go nie stracą.
 
 
 
***
 
Streszczenie
 
 
 
Biografia niepełna i bez przymiotnika, to 23 krótkie opowiadania z życia autorki.
Podzielone są na 8 tematycznych części: uczucia, kolonie, kobiety, niezwykłości, dzieci, szkoła, zdarzenia i domy.
Opowiadają o ludziach, zdarzeniach i miejscach, które zostały zapamiętane, bo były ważne, albo zaskakujące.
Barbara Płoszyńska jest od pokoleń związana z Poznaniem, z wykształcenia polonistka, a z zawodu pedagog, ale przede wszystkim jest matką czwórki dzieci i babcią czworga wnucząt.
Napisała Biblię dla młodszych, cykl wierszy Przyroda Polska, zbiór wierszowanych bajek dla dzieci Zwierzątka i my oraz wierszowaną Historię Polski dla uczniów szkół podstawowych.
 
 
Zapytaj o produkt

Komentarze