Zaczarowana Skrzynia

Producent: Baśnie Cygańskie
Dodany przez: Super User
Liczba odwiedzin: 863
Na granicy boru jodłowego i lasu bukowego mieszkali latem biedni Cyganie. Na zimę odchodzili ze swoimi tobołkami do opuszczonego, starego młyna, żeby w mroźne dni mieć dach nad głową. Wiosną wracali na granicę boru jodłowego i lasu bukowego i tam rozbijali na polanie swój namiot połatany i postrzępiony przez wiatry.
Było ich dwoje: Cygan i Cyganka jego żona. Chociaż minęło już siedem zim i siedem wiosen, lat i jesieni, nie mieli oni dzieci, a bardzo, bardzo pragnęli mieć synka.
Pewnego dnia Cyganka poszła do boru jodłowego po szyszki. Zbierała je z ziemi do wielkiej chusty, zbierała i popatrywała wokoło. Widziała, jak wąskimi ścieżkami, tak wąziutkimi jak paznokieć, szły długim szeregiem mrówki i niosły białe zawiniątka, w których spały ich dzieci – malutkie mrówczęta.
„Szczęśliwe mrówki!...” – wzdychała Cyganka i dalej zbierała szyszki.
Widziała jak w krzaku jałowca zięba karmi swoje pisklęta czarnymi muchami.
„Szczęśliwa zięba!...” – wzdychała Cyganka i dalej zbierała szyszki.
Widziała jak jeż prowadził na przechadzkę cztery małe jeżątka.
„Szczęśliwy jeż!...” – westchnęła Cyganka, zarzuciła na plecy chustę pełną szyszek i wróciła do swojego namiotu na pograniczu boru jodłowego i lasu bukowego.
Wysypała szyszki i rozpaliła ognisko, bo już zaczęło się robić chłodno, wiał wiatr i z jodłowego boru szedł szum, a z bukowego – szelest. Usiadła Cyganka przy ognisku, obok niej usiadł Cygan.
– Szkoda, że rozpaliłaś takie duże ognisko – powiedział Cygan do żony.
– Dla nas dwojga starczyłoby o wiele mniejsze.
– Tak, to prawda – odrzekła Cyganka.
– Ale gdybyśmy mieli dzieci, siedziałyby wokół ogniska i dla każdego starczyłoby ciepła.
Wtedy nie żal by mi było wrzucić naraz do ognia wszystkie szyszki z jodłowego boru. Szyszki paliły się wielkim ogniem. Czerwone płomienie trzepotały złotymi skrzydłami, jakby chciały pofrunąć. Ale nie mogły. Kiedy ognisko wypaliło się. Cygan i Cyganka poszli spać do namiotu i śnił im się obojgu ten sam sen: sen o małym, czarnowłosym chłopcu, który był ich synkiem.
O świcie Cyganka zbudziła się i poszła ze swoją chustą do bukowego lasu, aby zbierać bukiew, z której robiła piękne naszyjniki, nawlekając bukowe orzeszki na włos z końskiego ogona. Naszyjniki takie sprzedawała potem na targu, bo pomagały na ból w kościach temu, kto je nosił na szyi. Bukwi było mnóstwo, ale ledwie Cyganka zebrała trzy garście, ujrzała kobietę wyglądającą z dziupli starego buka. Była to dusza drzewa imieniem Matuja. Wychyliła się z dziupli i powiedziała do Cyganki:
– Nie bój się mnie, jestem duszą drzewa bukowego i nie zabraniam ci zbierać bukowych orzeszków. Mów, czego pragniesz, a wszystko spełnię.
– Duszo bukowa! – powiedziała przestraszona Cyganka.
– Chciałabym mieć synka.
– Będziesz miała synka – odrzekła Matuja.
– Zrób tak, jak ci poradzę. Kiedy pójdziesz do wsi na wróżby, poszukaj dyni, a kiedy ją znajdziesz, zetnij i przynieś do swojego namiotu. Pamiętaj tylko, że dynia musi być wielka i dojrzała jak wschodzący księżyc. Wydrążysz ją i nalejesz do środka mleka, a potem wypijesz je aż do dna, do ostatniej kropelki. Jeśli tak zrobisz, urodzi ci się chłopiec piękny i szczęśliwy. A kiedy dorośnie, niech idzie w świat szukać szczęścia, które jest mu przeznaczone. Aby nie musiał wędrować z pustymi rękami, daję ci oto skrzyneczkę z bukowego drzewa, która może mu się kiedyś przydać...
To mówiąc, Matuja dała Cygance małą drewnianą skrzynkę i znikła, a dziupla w okamgnieniu zarosła korą bukową. Uradowana Cyganka tak prędko biegła w stronę swojego namiotu na granicy boru jodłowego i lasu bukowego, że pogubiła po drodze połowę uzbieranej bukwi. Przyniosła ze wsi pękatą dynię, wydrążyła ją, nalała do wnętrza garniec koziego mleka, które dostała za naszyjnik od bólu kości. Wypiła mleko aż do dna, tak jak jej przykazała Matuja. A potem, czekając na przyjście na świat synka, taka była zamyślona, że przez pomyłkę nawlekała orzeszki bukowe na swoje własne włosy. Spostrzegła się dopiero wtedy, kiedy naszyjniki porozrywały się, a orzeszki rozsypały po mchu. Zaczęła więc nizać je znowu, ale przez roztargnienie nawlekała orzeszki na nitkę pajęczyny, która była jeszcze cieńsza i słabsza niż włos. Orzeszki rozleciały się na wszystkie strony, ale Cyganka nie zmartwiła się tym, bo wielka radość zapanowała na granicy jodłowego i bukowego lasu; przyszło na świat małe Cyganiątko.
Cygan i Cyganka obmyli malutkiego chłopca w leśnym strumyku, który miał swoje źródło w bukowym lesie i płynął do boru jodłowego i dalej aż do morza, które było za jodłowym borem. Wykąpawszy synka, dali mu imię Bachtało, to znaczy Szczęśliwy. Odtąd już przy ognisku na polanie ogrzewało się ich troje – Cygan, Cyganka i Cyganiątko. I dla każdego starczyło ciepła. Szczęśliwi byli rodzice chłopca, ale biedni.
Mijał rok za rokiem, szły chłody i głody. Cyganka nie miała czym synka przyodziać w mroźne zimowe miesiące, kiedy przenosili się, jak zwykle, do starego, opuszczonego młyna. Mijały lata, a przepowiednia Matui nie spełniała się jakoś i tylko imię chłopca było szczęśliwe. Tak minęło dwadzieścia lat. Pewnego dnia wyszedł Bachtało rankiem z namiotu, pożegnał się z rodzicami i poszedł w świat szukać szczęścia. Wziął ze sobą skrzynkę bukową na szczęście i patyk, żeby się nim od złych psów opędzić. Szedł lasem, drogi wybierał kręte, a spotkane w gęstwinie zwierzęta przyjaźnie doradzały mu, którędy najlepiej iść w świat. Bo Bachtało żył ze zwierzętami w zgodzie od swoich najmłodszych lat i rozumiał ich mowę rozmaitą: lisią, wilczą i wiewiórczą czy borsuczą.
Szedł Bachtało lasami, ale swojego szczęścia nigdzie nie mógł znaleźć, choć szukał go na ziemi, w dziuplach i na najwyższych gałęziach drzew. Aż pewnego dnia stary borsuk powiedział mu, że trzeba iść na południe. Bo na południu mieszka bogaty leśny król, który obiecał uszczęśliwić tego, kto zrobi coś, czego jeszcze świat nie widział.
– A czym uszczęśliwia ten król? – spytał Bachtało.
Stary borsuk odpowiedział:
– Król obiecał oddać dzielnemu młodzieńcowi swoją córkę za żonę oraz pół królestwa. Sam zastanawiałem się, czy nie spróbować szczęścia. Gdyby mi się udało, otrzymałbym królewnę i wielu poddanych. Ale rozmyśliłem się, bo już jestem za stary i uszy mi całkiem osiwiały.
Ty, Bachtało, jesteś młody – dodał borsuk – i powinieneś spróbować. A może ci się uda spełnić żądanie króla i zostać mężem jego córki?... Idź na południe.
– Dobrze. Dziękuję ci – powiedział Bachtało i poszedł na południe. Szedł przez bór jodłowy i las bukowy, przez sosnowy i klonowy, aż dotarł do wielkiej polany, która była stolicą leśnego króla. Na środku polany stał wielki, czerwony namiot, w którym mieszkał król ze swoją rodziną. Wszedł Bachtało do namiotu królewskiego i powiada:
– Jestem Cygan Bachtało. Przychodzę do ciebie królu, żeby spełnić twoje żądanie... Ale w tej samej chwili słudzy króla wypchnęli go z namiotu, bo król był zajęty słuchaniem leśnego szumu, nie miał więc czasu.
– Pamiętaj – rzekł Cyganowi sługa – że król codziennie słucha szumu lasu od godziny piątej do siódmej i wtedy nie wolno mu przeszkadzać. Przyjdź jutro wcześniej.
Bachtało odszedł poszukać sobie jakiegoś legowiska w lesie i pomyślał, że powinien by zobaczyć królewnę, zanim znów stanie przed królem. Aż oto zobaczył, że nad lasem wschodzi księżyc pękaty i wielki jak dynia. Oświetlił księżyc jezioro, w którym kąpała się właśnie córka leśnego króla. Bachtało pomyślał, że jest bardzo piękna, i nie mylił się, bo była piękna naprawdę. Nazajutrz rano poszedł Bachtało do króla i tak mu powiada:
– Słyszałem, królu, że chcesz oddać swoją córkę za żonę temu, kto zrobi coś, czego jeszcze świat nie widział. Otóż wiedz, że ja chcę wziąć twoją córkę, powiedz tylko, co mam zrobić?
Zapłonął król wielkim gniewem, gdy usłyszał te słowa, i zakrzyknął:
– Cóż ty sobie myślisz? Pytasz mnie, co masz robić? Toć wiesz, że tylko temu oddam córkę, kto zmajstruje taką rzecz, jakiej jeszcze nie bywało! Za takie głupie pytanie pójdziesz do wiezienia! W tej samej chwili zbiegli się pachołkowie królewscy i wsadzili biednego Cygana do ciemnych lochów pod korzeniami starego dębu. Zamknęli loch wielkim kamieniem i Bachtało został sam jeden w ciemności. Zimno było pod ziemią, bo nie wschodziło tam słońce ani nawet księżyc. A jeśli nawet wschodził jakiś księżyc podziemny, to musiał być czarny, bo go wcale nie było widać. Przychodziły do Bachtały krety, żeby go ogrzewać swoim ciepłym futerkiem. Ich też Bachtało nie mógł widzieć w podziemnej ciemności, ale poznał je po głosie, bo znał krecią mowę. Nie wiadomo jak długo siedział, gdy nagle w lochu zrobiło się zielonkawo, a potem aż biało od światła i ukazała się chłopcu Matuja. Miała długie włosy srebrne jak strumień. Odezwała się szeptem, a Bachtale wydało się w pierwszej chwili, że to nie szept, tylko wiatr, albo że ktoś nad nim w lesie chrust grabi i szyszki.
Po chwili Bachtało zaczął już rozumieć szeptane słowa Matui. A były one takie:
– Nie bój się i nie martw, Bachtato. Jeszcze wyjdziesz stąd i poślubisz córkę leśnego króla. Jestem Matuja i obiecałam, zanim jeszcze przyszedłeś na świat, że będziesz szczęśliwy. Teraz przyszłam, żeby dotrzymać obietnicy. Masz przecież przy sobie małą skrzynkę z bukowego drewna...
– Mam – odpowiedział Bachtało mrużąc oczy od światła – ale na nic mi się nie przydała. Zbierałem kostki nietoperzy, które przynoszą szczęście i wkładałem do tej skrzyneczki. Zrywałem czterolistne koniczynki i wrzucałem je do niej, ale zeschły się i rozsypały w proch. A szczęścia jak nie było, tak nie ma.
– Nie martw się, Bachtało – zaszeptała Matuja. – A czy masz patyk z bukowej gałązki?
– Mam – odpowiedział Bachtało. – Wcale mi się nie przydał, bo nie spotkałem ani jednego psa, przed którym musiałbym się oganiać. Ale gdybym nawet spotkał i odpędził – to czyż miałoby to już być szczęście?
– Nie martw się – odpowiedziała Matuja. – Weź pasmo moich włosów i odetnij je. Gdy Bachtało zrobił to, rzekła jeszcze:
– A teraz umocuj część tego pasma na twej skrzynce, a resztę przywiąż do patyka bukowego. Odtąd skrzynka będzie radowała ludzi albo zasmucała, jak zechcesz. Wzięła Matuja w dłonie skrzynkę i przyłożywszy ją do ust zaśmiała się cichutko do jej wnętrza. Potem zapłakała i kilka łez stoczyło się jej z oczu prosto do skrzynki.
– Weź teraz patyk i przesuwaj nim po skrzynce, po moich włosach, tam i z powrotem.
Spróbował Bachtało tak uczynić i oto ze skrzynki zaczęły płynąć w świat najpiękniejsze tony. Matuja znikła, ciemno zrobiło się w lochu, a Bachtało grał i grał. Najpierw zagrał powoli i smutno. Słuchały go w głębi ziemi ślepe krety i myślały, że to już jesień, że smutne mgły włóczą się nad ziemią i rude liście opadają w kałuże. A potem zagrał Bachtało skocznie i wesoło, aż cieplej się stało w lochach, słychać było trzepot ptasich skrzydełek i świergot tysięcy gardziołek.
Wtem jasno zrobiło się w jamie więziennej. Bachtało myślał, że to Matuja wraca, promieniejąc swym światłem. Ale nie! To było światło dnia. To król leśny usłyszał granie i kazał swoim sługom odwalić głaz i wyprowadzić więźnia z lochów. Stanął Bachtało przed królem i rzekł:
– Patrz, królu, i słuchaj! Oto rzecz, jakiej jeszcze świat nie widywał, nie słychiwał. l zagrał na swej skrzynce. Najpierw smutną pieśń.
Król zapłakał strasznie, a od łez jego – jak po deszczu – mnóstwo grzybów wyrosło. Potem zagrał wesołą piosenkę. Król uśmiechnął się, a wraz z nim uśmiechnęli się dworzanie, rodzina królewska i cały las. Najpiękniej uśmiechnęła się królewna i jeszcze tego samego dnia urządzono na królewskiej polanie wesele. Bachtało przyprowadził swoją matkę i swojego ojca z pogranicza lasu bukowego i boru jodłowego i wszyscy razem jedli i pili, i bawili się przez trzy dni. A Bachtało grał najweselsze piosenki. Leśny król przestał już słuchać szumów leśnych od piątej do siódmej, bo muzyka zaczarowanej skrzynki była stokroć piękniejsza od szumu.
Tak oto przyszły na świat skrzypce
 
 
Jerzy Ficowski
Gałązka z Drzewa Słońca
 
Zapytaj o produkt

Komentarze